Autoironia jako mechanizm przetrwania
Kibicowanie polega w dużej mierze na przegrywaniu. Nawet drużyna, która wygra tytuł, przegra w sezonie kilka razy, a większość klubów nie wygrywa niczego przez całe dziesięciolecia. Gdyby jedynym dopuszczalnym uczuciem była duma, ta relacja nie wytrzymałaby próby czasu.
Dlatego humor pojawia się tam, gdzie nie ma sukcesów. Najostrzejsze i najzabawniejsze komentarze o klubie tworzą prawie zawsze jego właśni kibice – ci sami, którzy przyjdą na następny mecz. To nie sprzeczność, tylko warunek.
Autoironia daje dystans, a dystans pozwala wracać. Kibic, który potrafi żartować z własnej drużyny, przetrwa słabą rundę. Ten, który traktuje każdą porażkę jako osobistą zniewagę, wypala się w kilka sezonów.
Żart o swoich, żart o obcych
Humor kibicowski ma dwie odmiany i bardzo różną jakość. Ten skierowany do wewnątrz jest zwykle inteligentniejszy, bo jego autorzy znają temat i nie muszą niczego udowadniać. Ten skierowany na zewnątrz szybciej się zużywa i częściej zsuwa się w stronę obelgi.
Granica między dowcipem a napaścią bywa cienka i przebiega w różnych miejscach w zależności od tego, kogo się zapyta. Praktyczna zasada, którą stosujemy w tej rubryce, jest prosta: żart, który wymaga, żeby ktoś konkretny został poniżony, nie jest materiałem na tekst.
Ciekawsze są zresztą dowcipy, których bohaterem jest sytuacja, a nie osoba. Absurd meczu, w którym wszystko idzie źle, pisze się sam i nie potrzebuje żadnej ofiary.
Skąd bierze się dobry kibicowski dowcip
Z konkretu. Ogólne żarty o futbolu są nudne – śmieszy dopiero szczegół, który zna kilkaset osób: pechowa zmiana, powtarzający się błąd, przydomek nadany przed laty i niezrozumiały dla nikogo z zewnątrz.
Dlatego humor kibicowski jest lokalny i źle znosi tłumaczenie. Przeniesiony poza swoje środowisko traci wszystko, bo cała jego wartość leży we wspólnej pamięci. To ta sama właściwość, którą ma humor rodzinny albo zakładowy.
I ta sama, która sprawia, że działa tak dobrze wewnątrz. Zrozumienie żartu jest dowodem przynależności – nie trzeba niczego deklarować, wystarczy się zaśmiać w odpowiednim momencie.
Miejsce na żart w dniu meczowym
Humor ma swoje miejsce w rozkładzie dnia. Przed meczem jest go najwięcej, bo napięcie trzeba czymś rozładować. W trakcie znika prawie zupełnie – trybuna nie żartuje, kiedy piłka jest w polu karnym. Wraca po ostatnim gwizdku, i to niezależnie od wyniku.
Po porażce żart pojawia się z opóźnieniem kilkunastu minut i bywa najlepszy w całym dniu. Po wygranej jest łagodniejszy i mniej pamiętliwy. To dosyć dokładna miara tego, jak działa ta gra: cierpienie produkuje lepsze teksty niż zadowolenie.
O tej godzinie po meczu piszemy osobno, w tekście o wieczorze po ostatnim gwizdku.
Dlaczego to nie jest błahy temat
Łatwo potraktować kibicowski humor jako margines – coś, co dzieje się obok właściwego sportu. W praktyce jest odwrotnie: dla większości ludzi to właśnie ta warstwa sprawia, że zostają przy futbolu przez dekady, w tym przez te dekady, w których nie ma czego świętować.
Klub jest instytucją i ma swoje komunikaty. Trybuna ma swoje i są one zwykle zabawniejsze, szczersze i lepiej zapamiętane. Historia kibicowania to w dużej części historia żartów, których nikt nigdy nie spisał.
Ta rubryka jest próbą spisania przynajmniej mechanizmu – nie konkretnych dowcipów, bo te i tak działają wyłącznie na miejscu.
Dwa rodzaje kibicowskiego żartu
Humor skierowany do wewnątrz i ten skierowany na zewnątrz mają inną trwałość i inną jakość.
| O własnej drużynie | O rywalu | |
|---|---|---|
| Autorzy | kibice tego samego klubu | kibice strony przeciwnej |
| Trwałość | wraca latami | zużywa się w jeden sezon |
| Ryzyko | niewielkie | łatwo zsuwa się w obelgę |
| Bohater | najczęściej sytuacja | najczęściej osoba |
